Blog posts

Wywiad z oprawcą

Wywiad z oprawcą

Wszystkie
Czas czytania: 9 minut

W tym tygodniu wpis będzie nietypowy – bo zamiast typowego artykułu będzie wywiad, który przeprowadził ze mną Maciej Wojtas, znana osoba w branży copywriterskiej. Będzie oczywiście o książkach, introligatorstwie oraz o tym, dlaczego jestem dobrym copywriterem.

Maciej to naprawdę dobry copywriter. Sam lubię go czytać, i to nie tylko dlatego, że jest kolegą po fachu. Jego bloga możecie zobaczyć tutaj.

 

Co czujesz, kiedy oglądasz takie filmy jak Fahrenheit 451?*

Właśnie z powodu tego, co wtedy czuję – unikam takich filmów i powieści.

Powiedzieć, że kraje mi się wtedy serce, to nic nie powiedzieć. Kiedy czytam na przykład o wojennych losach zbiorów i bibliotek, to czuję taki przeszywający, bolący fizycznie żal. I strach, że może się to kiedyś powtórzyć. Kiedy zabija się człowieka, to jakby spala się bibliotekę; ale kiedy pali się bibliotekę, to usuwa się część ludzkości, społeczności, narodu.

 

 

Żeby nie było, że to co mówię, to taka tania bibliofilska kokieteria: tu nie chodzi o fizyczne niszczenie książek, a o coś znacznie więcej: niszczenie człowieka poprzez wydzieranie mu przemocą jego wiedzy, kultury, poglądów, historii i umiejętności samodzielnego myślenia, które dają książki (tak, książki dają wolność).

To tak naprawdę wydzieranie mu duszy, bez której jest jedynie wegetującym zlepkiem organów, skóry i kości. Dlatego gdy czytam np. „Hardcorowych bibliotekarzy z Timbuktu” to wielokrotnie pojawia się w mojej głowie kwestia, jak sam bym się zachował, będąc w ich sytuacji.

Czy byłbym gotów umrzeć za te wartości i rzeczy, które dają książki? Zwłaszcza że dla wielu to tylko zapisany papier… Umierać za to?

Nieźle, widzę, że zaczynamy od wysokiego C.

Faktycznie, mocny początek. To teraz może coś bardziej przyziemnego. Skończyłeś polonistykę – kierunek, po którym zostaje się dyplomowanym bezrobotnym (taką opinię mają tego rodzaju studia). A gdybyś dostał kiedyś szansę studiowania raz jeszcze, to który kierunek wybrałbyś „w ciemno”?

W ogóle bym się nie zastanawiał i wybrał jeszcze raz to samo. To, czy po takich studiach jest się dyplomowanym bezrobotnym, zależy wyłącznie od tego, jaki ma się pomysł na życie i co się z tym pomysłem zrobi, ile się wyciągnie wiedzy i umiejętności ze studiów oraz jak je później wykorzysta (czytaj: spienięży).

I tak, polonistyka daje naprawdę dużo praktycznych umiejętności – i miękkich, i twardych. W moim przypadku było też tak, że ja najpierw wiedziałem, co chcę robić, a dopiero potem poszedłem na studia po to, żeby ten cel osiągnąć.

Były więc one jedynie środkiem do celu.

Czytałem kiedyś o pewnej pani, która na emeryturze, po odchowaniu dzieci i skończeniu pracy wróciła na studia i poszła sobie na doktorat. Czasem tak sobie marzę, żeby zrobić podobnie jak ona.

Pytanie laika: czym różni się introligatorstwo zwyczajne od introligatorstwa artystycznego?

W formalnej nomenklaturze nie ma takiego rozróżnienia – introligator to oficjalnie rzemieślnik. Choć dla wielu może to być zaskakujące, to bogato zdobione oprawy z XVII czy XVIII wieku były dziełami prześwietnych, ale jednak rzemieślników.

Przyjęło się dodawać przydomek „artystyczny” dlatego, że w dzisiejszym rozumieniu rzemieślnik to pan Heniek po szkole zawodowej, a ten, kto robi coś skomplikowanie pięknego i kunsztownego – to artysta, niemalże chodzący w szaliku i rozczochranych włosach geniusz.

Artysta to raczej ktoś, kto w twórczy sposób przetworzy to, co już istnieje i doda coś od siebie. W introligatorstwie oznacza to niespotykane w standardowych książkach rozwiązania techniczne czy formalne, które tworzą charakterystyczny styl lub unikalny, twórczy efekt.

Wtedy zabezpieczenie i oprawianie treści książki staje się drugoplanowe, a na pierwszym planie jest twórcza zabawa technikami i formą oprawy.

To zresztą podobnie, jak w pisaniu – poezja to przecież twórcze przetworzenie zwykłych liter, słów i zwrotów. Tych samych, których używa się do napisania instrukcji obsługi pralki.

 

 

Wyobraź sobie, że przychodzi do ciebie klient i mówi: Dzień dobry, chciałbym zamówić okładki na e-booka. Jak odpowiadasz, żeby nie wyjść na osobę niewychowaną?

Zgodnie z prawdą – że zrobię mu etui do czytnika e-booków. Ale żeby jednak nie wyjść na osobę niewychowaną, to dopowiem jeszcze jakieś dyrdymały w stylu „dzień dobry”, „dziękuję”, „proszę” czy „do widzenia”.

I jeszcze jedno pytanie na wyobraźnię: twoja pierwsza myśl, kiedy widzisz marnie oprawioną książkę ze spartaczoną okładką?

Że nie od razu Kraków zbudowano i że każdy musi się na czymś uczyć. Ja także. 😉

Następne pytanie zainteresuje wszystkich, którym zdarza się wątpić w sens blogowania.

Działasz w branży stosunkowo krótko, ale prowadzisz bloga eksperckiego. Jak myślisz, czy dzięki temu wyrównujesz dystans dzielący cię od weteranów introligatorstwa (którzy mówiąc wprost – nie umią w internety)?

I drugie pytanie: czy dostajesz w związku z tym, że blogujesz jakieś sygnały od starych wyjadaczy?

Dzięki temu, że „umiem w internety”, staję się niejako szpiegiem i łącznikiem świata starych wyjadaczy i osób, dla których ten świat jest zasnuty mgłą, nieosiągalny i daleki. Mam też wrażenie, że dzięki temu, że umiem ten świat opisać w lekki i atrakcyjny sposób oraz próbuję z nim wyjść do ludzi, to trochę ocalam go od zapomnienia.

Potwierdzają to sygnały od wielu osób mówiące o tym, że szukały one odpowiedzi na rozmaite kwestie i znalazły je właśnie u mnie. Sztandarowym przykładem są komentarze pod tekstem o tym, dlaczego tytuły na grzbietach książek drukuje się w różnych kierunkach.

Aż głupio mi to mówić, ale jak ktoś napisał w komentarzu do tego tekstu, że jego wykładowca na studiach nie potrafił na zajęciach wytłumaczyć tego zagadnienia, a w moim artykule ten ktoś znalazł odpowiedź – to poczułem, że robię naprawdę dobrą robotę, która jest w dodatku bardzo przydatna.

Piszą też do mnie osoby, które np. słyszały o bibliofilstwie, introligatorstwie, czy chociażby intuicyjnie czują, że książki winny mieć duże marginesy – ale nie wiedzą „co, jak i dlaczego”: jak zacząć, co robić i dlaczego tak jest. Oraz gdzie szukać.

Od wyjadaczy owszem, też dostaję bardzo miłe sygnały – cieszą się, że promuję te tematy i ich pracę. Cieszą się też, że „coś się dzieje” w branży, nawet jeśli ich to nie dotyczy, bo przecież i tak nie dowiedzą się ode mnie niczego nowego – wszak są wyjadaczami.

Jesteś copywriterem, więc wiesz, jak mordercza panuje tu konkurencja, ilu ludzi startuje do najmniejszego nawet zlecenia. A jak wyglądają stosunki międzyludzkie w twojej branży? Jak bardzo zażarta jest walka o klienta?

W tych dwóch branżach panują zupełnie odmienne rodzaje konkurencji. Średnia wieku introligatorów jest „nieco” wyższa niż copywriterów, dlatego też panuje tutaj konkurencja tego starego typu, w myśl której im konkurentów mniej, tym lepiej.

Z tego powodu szalenie trudno się w ten zawód „wbić” i się go nauczyć, nie mówiąc już o wykonywaniu dobrych zleceń.

Bardzo brakuje tu tego twórczego rodzaju konkurencji, która nie jest nawet konkurencją, tylko raczej współzawodnictwem. Bardzo by to rozwinęło zawód i branżę oraz podniosło liczbę zleceń i ich wartość; skorzystaliby na tym i klienci, i introligatorzy. Tak się zresztą właśnie dzieje w branży pisarskiej.

W copywritingu konkurencja jest właśnie zdecydowanie bardziej twórcza, co bardzo mi się podoba, bo pobudza do rozwoju – zarówno całą branżę, jak i poszczególne osoby. No i mnie. Paradoksalnie to, że jest nas taka masa, działa na korzyść tych, którzy są w tym dobrzy i chcą się doskonalić, bo wtedy stają się lepsi i lepiej opłacani od pozostałych.

W copywritingu świetnie funkcjonuje też zjawisko dzielenia się wiedzą, które, również paradoksalnie, mocno rozwija branżę, a konkurencję raczej weryfikuje, niż wzbudza.

Bo to, że wytłumaczę komuś, jak coś dobrze napisać nie sprawi, że ten ktoś będzie umiał to dobrze zastosować; a na pewno nie zrobi tego w dokładnie taki sam sposób, jak ja.

A jeśli nawet będzie działał wbrew tym niepisanym zasadom i np. będzie chłonął wiedzę od innych, ale nie przekazywał jej dalej albo próbował zrzynać cudze pomysły i sposoby zamiast twórczo wykorzystać otrzymaną wiedzę, to taki delikwent szybko zostanie zauważony i zdemaskowany.

Takie zachowania mają tutaj bardzo krótkie nogi.

Czy fakt, że Magazyn Ceneo skopiował niemal 1:1 twój artykuł blogowy można uznać za miarę twojego sukcesu? W końcu jeśli kraść – to od najlepszych.

Z jednej strony tak, bardzo mi to schlebia. Z drugiej strony, jeśli miałbyś inną miarę sukcesu, np. najlepszy samochód w mieście i by Ci go ukradli, to też byś tak mówił? 😉

Na szczęście mi to nie grozi. 🙂 A skoro jesteśmy już przy sprawach majątkowych. O podobną rzecz pytałem już Justynę Stasiek-Harabin (autorkę bloga Minerva), ale muszę zapytać ciebie: czy jest jakaś książka, którą chciałbyś mieć tylko dla siebie?

Przepraszam, bo nie dosłyszałem – tylko jedną?

Jako bibliofilowi zamiast jednej książki marzy mi się raczej, żeby mieć zbiór książek z konkretnej dziedziny, którego nie miałby nikt inny i który byłby unikatowy na skalę kraju lub nawet kontynentu oraz przedstawiał nie tylko wartość kolekcjonerską czy materialną, ale też naukową.

Bo bibliofilia polega nie tylko na zachwycaniu się pięknymi książkami, ale też na zgłębianiu i badaniu jakiegoś tematu opierając się na wiedzy zawartej w książkach właśnie. Otóż marzy mi się, żeby zbudować taką kolekcję książek mojego ulubionego gatunku literackiego – powieści gotyckiej.

A następnie tę kolekcję pięknie oprawić, rzecz jasna. Niezmiernie bym się cieszył, gdyby udało mi się kiedyś samemu napisać dobrą powieść w tej konwencji i uczynić ją elementem zbioru. Ale zebranie takiej kolekcji to zajęcie na długie, długie lata.

Jeżeli natomiast musiałbym wybrać jedną książkę, którą chciałbym mieć wyłącznie dla siebie – to chciałbym być osobą, która odnajdzie zaginiony rękopis „Mesjasza” Bruno Schulza.

Jest niemal pewne, że ten rękopis jest, że istnieje – tylko czeka na kogoś, kto go znajdzie w jakiejś starej walizce albo szafce. I – nawiązując do odpowiedzi, której na to pytanie udzieliła Minerva – byłaby to inwestycja życia.

Przy okazji zachęcam do poznania historii tej powieści, bo jest szalenie ciekawa. Nie tylko dlatego, że choć prawie nikt jej nigdy nie czytał, to na jej podstawie powstały inne powieści. Jej historia jest również bardzo… tajemnicza.

Czy wyobrażasz sobie dzień, w którym twoja praca stanie się nikomu niepotrzebna? A jeśli tak – to kiedy to może nastąpić?

Jeśli moja praca stanie się nikomu niepotrzebna, to będę się nią zajmował hobbystycznie, a zarabiał na życie czym innym. Jest tyle ciekawych rzeczy na świecie, które można by zgłębić i się ich nauczyć, a potem przekuć w pieniądz!

 

 

Ale naprawdę dobry copywriter potrafi sprawić, że ludzie będą kupować to, czego nie potrzebują i jeszcze będą z tego powodu szczęśliwi. Więc ani trochę się nie martwię!

Chciałbym kiedyś wydać książkę z nietypowymi, bardzo szerokimi marginesami. Przekonałeś mnie, że książki tak wydane czyta się o niebo lepiej. Ich lektura jest absolutnie niezwykłym doświadczeniem.

Czy znasz polskie wydawnictwa, które będą w stanie spełnić moją zachciankę?

Jak dobrze pogadasz i sypniesz jakimś groszem, to będzie ich całkiem dużo 😉 A tak na poważnie, to jest kilka wydawnictw, które szczególnie mocno dbają o skład książki – między innymi dlatego, że same wydają książki o tym, jak powinny wyglądać dobre książki.

Na koniec pytanie, które powinno rozpoczynać ten wywiad. W jednym komentarzu na twoim profilu przeczytałem coś w tym stylu: „piszesz tak fajnie o introligatorstwie, że też chciałabym się tym zajmować”.

No właśnie – jak zostaje się introligatorem (szczególnie jeśli nie mamy w rodzinie nikogo o tej specjalności)?

Bez rodziny lub mentora, który Cię porządnie nauczy zawodu (a nie trwa to kilku miesięcy czy roku), właściwie graniczy to z cudem. Również z powodu konkurencyjności, o której wcześniej wspomniałem.

Ale jeśli chcesz poznać podstawy, to możesz przyjść na prowadzone przeze mnie warsztaty. Niektórzy po tych warsztatach szyją i sprzedają bardzo ładne notesy, zarabiając na tym i powoli rozwijają talent.

I wychodzi na to, że jestem dobrym copywriterem, skoro piszę tak, że ktoś chce zajmować się introligatorstwem mimo, że nie potrzebuje tego do życia. A nie mówiłem? 😉

 

*) Dla tych, którzy nie znają tego filmu – cytat ze strony Filmweb: „451 stopni Fahrenheita to temperatura z jaką pali się papier, a palenie książek należy do obowiązków straży pożarnej działającej w bliżej nieokreślonej przyszłości. Film jest adaptacją doskonałej powieści Raya Bradbury’ego i opowiada o strażaku, który sprzeciwia się obowiązującemu prawu i wbrew swoim przełożonym stara się ocalić jak najwięcej książek od zniszczenia.”

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz